GESCHREVEN DOOR
Maciej Miłkowski (PL)
VERTAALD DOOR
Charlotte Pothuizen (NL)

Tul’si (Tuesday) Bhambry (GB)
maciej - blog 3
14 November 2015
Trzeba było sobie napisać te teksty jeszcze w Polsce, siedząc spokojnie w zaciszu domowej biblioteczki. Gdybym wpadł na ten genialny w swojej prostocie pomysł, mógłbym sobie teraz (czyli wtedy) zdjąć z półki tom esejów Susan Sontag, przeczytać słynny tekst „O byciu tłumaczonym”, odpisać od Sontag to i owo, rzucić jakimś celnym cytatem, a przede wszystkim uporządkować jakoś chaotyczne myśli, które od wczoraj kłębią mi się w głowie. W haskim hotelu, gdzie piszę te słowa, nie mam niestety pod ręką tak bardzo mi teraz potrzebnej książki (organizatorzy festiwalu zapewnili uczestnikom – ze szczególnym uwzględnieniem „kronikarzy” – w zasadzie wszystko, ale kompletu esejów Susan Sontag jednak nie). Z tamtego eseju pamiętam tylko tytuł – czyli mam absolutną pewność, że ktoś mądrzejszy już przede mną pisał na temat, z którym będę się musiał teraz jakoś zmierzyć zdany na improwizację. Trzeba było w domu... Tyle tylko, że w domu ani trochę mi się jeszcze nie kłębiły te chaotyczne myśli, bo w domu nie miałem jeszcze okazji przyglądać się Charlotte i Tuesday, tłumaczącym moje teksty.
Być tłumaczonym... Wiedzieć, że będzie się tłumaczonym. Wiedzieć to już w momencie pisania. Kiedy pisałem moje stare opowiadania nie miałem nawet cienia nadziei, że kiedyś dotrą do czytelników niepolskojęzycznych (a i ci polskojęzyczni byli raczej w sferze ulotnych rojeń). Gdybym wiedział, to bym się jednak kilka razy zastanowił nad każdym zdaniem. Ileż to razy zdarzyło mi się chlapnąć coś bez żadnej refleksji, po polsku jakoś to przeszło, ale tłumacze są jednak bezlitośni. „Gdzie w zasadzie leżały te ogórki – pod siedzeniem, czy nad siedzeniem?” – pyta mnie w mailu jedna z nich. Mówiąc szczerze nie rozrysowałem sobie wcześniej aż tak dokładnie topografii mojego opowiadania. Który obraz Vermeera miałeś na myśli? Który polski klasyk miał epizod niderlandzki? Jak to dokładnie było z tym karnym Van Bastena? W jeszcze innym mailu (przesłanym do mojej wiadomości) redaktor pisze do tłumaczki, że bardzo jej dziękuje za zwrócenie uwagi na odniesienie do „Makbeta” w tekście Miłkowskiego. Muszę ją przy okazji poprosić, by i mnie wskazała to odniesienie.
Nie być tłumaczonym... Nie wiedzieć, czy się będzie tłumaczonym. Pisać swobodnie, bez skrępowania. Zadawać sobie pytania wyłącznie o istotę bytu, a nie o położenie słoika z ogórkami. Nie myśleć o tym, jak to będzie po angielsku, jak to będzie po niderlandzku... Jeśli się wie, że tekst będzie przetłumaczony, to – obawiam się – rodzą się dwie pokusy. Pierwsza: pisać tak, aby było łatwo. Pisać tak, aby się dobrze tłumaczyło, aby dobrze brzmiało po angielsku. Pisać gładko, bez chropowatości, bez kantów, bez grud.
Pokusa druga jest oczywistym przeciwieństwem pierwszej. Pisać niełatwo. Niech sobie tłumacze łamią niewprawne mleczaki na porowatej skorupie mojej szerokopasmowej frazy. Niech myślą, gdzie te ogórki. Niech staną się moimi jedynymi prawdziwymi i ostatecznymi czytelnikami, bolesnymi i dogłębnymi jak leczenie kanałowe. Tylko tłumacz jest bowiem tym człowiekiem, który z mej pieśni całą myśl wysłucha. (Uwaga tłumaczki: to jest kryptocytat z Mickiewicza).
Sami tłumacze z problemem gigantycznej odpowiedzialności radzą sobie o wiele lepiej. W razie czego nie tłumaczą. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego polski nazista, który wyrokiem wyborców reprezentuje mnie przed Parlamentem Europejskim, nie wywołuje tam w zasadzie żadnego poruszenia. Teraz wiem: to jest zasługa tłumaczy. On na przykład „nawołuje do nienawiści na tle rasowym” (tak to się chyba ujmuje w kodeksach). Tłumacz zaś bez mrugnięcia okiem mówi: „This matter has to be reconsidered carefully”. I tyle. Spokój. Strona bierna. Oklaski.
Zdaję więc sobie sprawę, że mogę tutaj pisać w zasadzie cokolwiek. W wersji Charlotte i Tuesday ostatecznie i tak zrobię wrażenie powściągliwego, bystrego, wyważonego, wytrawnego humanisty.

























.png&w=256&q=75)











